Gruzja – 2013

 

Pokaż Gruzja na szybko na większej mapie
​​

To miała być nasza najpoważniejsza wyprawa i… taką była. Przygotowania tez były długie. Trasa ulegała ciągłym modyfikacjom miedzy innymi dzięki Tigranowi ( rodowitemu Ormianinowi), który wskazał nam miejsca naprawdę warte zobaczenia. To on swoimi sugestiami sprowokował nas do poszerzenia zasięgu naszej wyprawy o Ararat i monastyr Gerard. Dziękujemy mu za to!

Dzień 1: 1000km w 12 godzin

Plany naszego wyjazdu szczęśliwie powiązały się jak zwykle z planami naszych przyjaciół motocyklowych doli i nie doli, czyli kelnerów z pizzerii Verona. Pierwsze 700 km grzejemy razem w wyśmienitych humorach snując plany na wieczór. Niestety różnice w trasach były zbyt wielkie i musieliśmy się rozstać się na granicy serbskiej. Dalsze 300 km pokonaliśmy już samotnie. Nocleg za Nisem w podgórskiej miejscowości przypominającej „Krynicę Zdrój” spędziliśmy u miłych gospodarzy częstujących nas miejscowym trunkiem, (którego resztę szczęśliwym trafem zabraliśmy do Turcji).

Dziś 1008km

1

Dzień 2, 3 i 4 Turcja

Niezliczone km tureckich dróg potraktowaliśmy typowo tranzytowo. Tureckiej gościnności nie należy nikomu polecać, a jedyna atrakcja była przydrożna prawdziwie parzona turecka herbatka. Zazdrościmy Turkom jakości dróg, jednak spotkania z policją nie należą do miłych. Za przekroczenie prędkości o 12km/h otrzymujemy mandat o równowartości 50euro do zapłaty w najbliższym banku. Dziwnym trafem, pewnie z powodu zmęczenia, zapomnieliśmy o tym obowiązku. Po trzech dniach w Turcji docieramy do granicy pieszego z naszych celów Gruzji.

Tuż przed granicą spotykamy parę Polaków Asię i Kubę, którzy na rowerach podróżują z Belina do Chin… rowerami z www.bicyclescouple.com. Asia drobną dziewczyną i gdyby nie to że potkaliśmy ją na rowerze, nie uwierzylibyśmy że potrafi pokonać taki dystans rowerem. Podziwiamy ich determinację, hart ducha i ciała, zazdrościmy czasu. Po chwili rozstajemy się, żałując że nie możemy spędzić wieczoru razem.

2

Przejechaliśmy 2 dnia: 810km

Przejechaliśmy 3 dnia: 730km

Przejechaliśmy 4 dnia: 480km

Dzień 5 Gruzja

Od tego momentu zaczyna się magia naszego wyjazdu. Już pierwszy dzień w Gruzji okazał się jednym z najtrudniejszych dni. Podjazd pod przelecz Khulo zmusił nas do nie lada wysiłku. Pogoda marna drogi również a jedyna rekompensatą okazał się jedyny bar na szczycie przełęczy. Nasze motocykle przeszły prawdziwą próbę sił podobnie jak nasze nogi i nadgarstki.

3

Zjeżdżając z przełęczy spotykamy ukraińskich motocyklistów wymieniamy się doświadczeniami i jedziemy bez przerw do Wardzi, czyli do skalnego miasta. Piękno tego zakątka, wraz z drogą dojazdową jest nie do opisania, zachęcamy do osobistego zwiedzania. Pomimo dużego zmęczenia robimy jeszcze 50km w stronę granicy armeńskiej. Nocujemy w przydrożnym pensjonacie o miejscowego biznesmena, którego szyja zlewała się z jego klatka piersiowa. Okazuje się najemnikiem rosyjskiej armii a jego historia zajęła nam pół wieczoru pomimo jego wymuszonej chorobą abstynencji.

Tym razem przejechaliśmy: 285km (z czego prawie 100km po bezdrożach)

Dzień 6: Armenia

4

Na granicy jest inaczej niż zwykle. Chłodno, bo jak się okazuje wspięliśmy się na wysokość 2060 mnpm. Celnicy nie sprawiają żadnych problemów. Płaskowyż urzeka nas pięknymi widokami i granatowym niebem. Spotykamy amerykańskiego rowerzystę który od pół roku samotnie przemierza Europę i Azję.

Armenia rożni się znacznie od Gruzji. Nie tylko krajobrazem, ale przede wszytki zasobnością portfeli. Już pierwszego dnia wjeżdżamy do stolicy Erewania. Pierwsze wrażenie jak z miasteczka na dzikim zachodzie. Niska i często opuszczona zabudowa przeplatana pseudo pałacami przypominającymi dawna zabudowę przedmieść Łodzi w kierunku Zgierza (nieco cygańskie klimaty). Po krótkiej chwili gubimy się w centrum, co jest skutkiem kompletnego braku oznaczeń drogowych. Ale koniec języka za przewodnika i po godzinie jest ok. Jedziemy w kierunku góry Ararat.

Zatrzymujemy się w monastyrze Khor Virap po stronie armeńskiej, (bo jak wiadomo Turcy okupują region Ararat). Niestety górę przesłaniają chmury i jej szczyt możemy obejrzeć tylko na obrazach w pobliskim sklepie z dewocjonaliami. Szybko zwiedzamy monastyr i jedziemy w kierunku kolejnego monastyru – Gerard. To, co go odróżnia od znanych nam świątyń to wiek. Duża cześć pochodzi z 7 wieku ne i jest wykuta w litej skale, to zabytek na skalę światowa. Po drodze los okazał się dla nas po raz kolejny łaskawy i szczyt Araratu odsłania się w pełnej okazałości. Tym razem podnóże góry tonęło w chmurach:).

5

Mamy mały kłopot ze znalezieniem noclegu. Po dłuższych poszukiwaniach zatrzymujemy się w najbardziej naszym zdaniem, ukrytym pensjonacie na świecie. Znaki doprowadzają nas bezdrożami do zaskakująco bogatego jak na okolice hotel. Właścicielem okazał się Ormianin trojga narodowości, który cześć swego majątku zarobił handlując w warszawie alkoholem z „legalnego” przemytu. Podczas wieczornego obchodu okazuje się ze dziwnym trafem w kapliczce hotelowej czołowe miejsce zajmuje płaskorzeźba z 7 wieku. Właściciel twierdzi ze to wokół niej wybudował swój hotel. Wieczór  można nazwać, co najmniej integracyjnym. Poznajemy miejscowe specjały w śród, których wyróżniają się marynowane zielone orzechy włoskie, które okazują się najbardziej zaskakującym smakiem wyprawy. Nikt nie odgadł, czym nas poczęstowano. Właściciel hotelu okazał się poliglota wiec każdy z nas mógł dowiedzieć się cos ciekawego o kulturze miejscowych. Takiego duszonego pstrąga podanego z grillowanymi warzywami już nigdy nie zjemy. Czas wyjechać.

6

7

Dziś 360km

Dzień 7 Adrenalina na przełęczy

Rano zwiedzamy Garni, którego panoramę można było obejrzeć z tarasu hotelu. Czas skierować się w stronę jeziora Sevan – ormiańskiego morza. Temperatury nie rozpieszczają i jest ok 5st C. Widok przepiękny, ale siedzimy w kominiarkach i grzejemy się pijąc kawę. Kierujemy się w stronę Alawerdi. Po drodze tunel z zaskakująco dużymi dziurami w prawie asfalcie… Po wyjeździe z tunelu droga zaczyna przyjemnie kręcić znacznie opadając. Zachowując odpowiednie odstępy zaczynamy czerpać przyjemność z długich zakrętów. Radość nie trwa długo. Po kilku zakrętach okazuje ze prowadzący tym razem Mazi, dziwnie prostuje zakręt i nie wiadomo, dlaczego kieruje się w stronę przepaści. Po krótkiej chwili trwającej wieczność (tak wynika z relacji Maziego) okazuje się ze jego tylnie kolo opuściło ciśnienie. Cudem unika przepaści i tylko jego doświadczenie i ułańska fantazja pozwala mu ujarzmić motocykl. Bzdura, zwykle szczęście.

8

Atrakcje dopiero się zaczynają. Jesteśmy na około 1800mnpm i łapiąc okazje zjeżdżamy busem z kolę do najbliższej miejscowości. Warsztat przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Takiego sprzętu próżno szukać u nas w muzeach. Po 8 latkach na dętce zaczepia nas miejscowy taksówkarz i proponuje podroż w gore. My nieświadomi konsekwencji korzystamy z okazji. Już po kilkuset metrach kierowca proponuje nam wypicie z nim piwka. Dziękujemy w końcu jesteśmy kierowcami. On nie daje za wygrana, i proponuje nam bimber. Znów gorąco dziękujemy, a on wypija swoją i naszą dole, pokazując nam na czym polega fantazja ormiańska. Trzy razy chwytamy mu kierownice i ocieramy się o śmierć. Przygoda Maziego okazuje się przy tym nic nie znaczącym epizodem. Montujemy koło i ruszamy w kierunku Alaverdi. 80km i znów łapiemy gumę. Jak się okazuje dętka nie wytrzymuje i wszystkie laty są do niczego. Kolejny warsztat i szukamy rozwiązania. Wszytko trwa bardzo długo. Z pomocą przychodzi pomysłowy właściciel, który twierdzi ze dętka z lady rozmiar 15, po naciągnięciu będzie pasowała jak ulał. Problemem staje się otwór wentyla w feldze a właściwie brak wiertarki w okolicy by go powiększyć. Kilka godzin poszukiwań i jest ok. Zmęczeni łapiemy najbliższy nocleg.

Pensjonat polecony przez wulkanizatora okazał się strzałem w 10. Kolacje zjedliśmy w towarzystwie międzynarodowym. Właścicielka okazała się byłą śpiewaczką operowa. Glos straciła na wskutek traumy po niewyjaśnionej śmierci syna żołnierza. Jej sposobem na życie okazała się otwartość i chęć poznania nowych ludzi. Wraz z mężem była jedna z pierwszych Ormianek, która korzystając z dobrodziejstw Internetu otworzyła hostel w którym goszczą turyści z całego świata.

Dziś z powodu awarii tylko 221km

Dzień 8: Ponownie Gruzja

9

Po miło spędzonym wieczorze śpimy jak zabici. Rankiem wyruszamy na poszukiwanie ormiańskich monastyrów. Zwiedzamy Odzun i Haghpat i kierujemy się na granice gruzińską. Granica mija bez problemów. Ruch mały, celnicy przyjaźni. Gruzja to inny kraj. Czujemy się jakbyśmy byli na Bałkanach. Jemy pyszne pierogi smażone w głębokim oleju, mijamy zatłoczoną stolicę i wkraczamy w Kaukaz. Nocujemy w gościnnym pokoju pewnej babci, która częstuje nas pieczonymi ziemniakami i 50% bimbrem z butelki PET. O mało co nie przypłacamy tego życiem, bo myślimy że to woda. Atrakcją wieczoru jest zwiedzanie warownej cerkwi Ananuri.

Przejechaliśmy 216km

10

Dzień 9: Droga wojenna

11

Wspinaczka drogą wojenną okazuje się pełną wrażeń, lecz nie strachu, który siedział gdzieś w naszych głowach i wynikał z różnych zasłyszanych opowieści związanych z zamieszkami w Osetii. Jest już tam bezpiecznie i pięknie. Góry trudno porównać do jakichkolwiek innych które widzieliśmy na dotychczasowych wyprawach. W perspektywie jak by pocięte pazurami. Po przekroczeniu przełęczy kryzowej o wysokości 2379mnpm zjeżdżamy do Kazbegu. Kolejnym celem jest sławny monastyr Gergeti .Podjęta przez nas próba wspinaczki na własnych, typowo terenowych maszynach okazała się niewypałem. Za duże głazy, a może za niskie podwozia w każdym razie polegliśmy po niespełna kilometrze. Zjeżdżamy w dół i wynajmujemy terenowe taxi. Po dotarciu na miejsce jednoznacznie stwierdzamy, że to była dobra decyzja. Dalsza droga okazała się jeszcze bardziej wymagająca. Świątynia wynagradza wspinaczkę. Jest piękna a rozciągająca się z niej panorama zapiera dech w piersiach.

Po powrocie w trakcie przebierania giną buty Maziego i do Polski wraca w adidasach, sytuacje kwituje tekstem w rodzaju: „żeby sk….wiel dostał grzybicy”.

Bierzemy namiar na Rosję. Mijając Władykaukaz docieramy do zapomnianego miasteczka Nalcik i szukamy noclegu. Stojąc na światłach trafiamy na miejscowego bajkersa, który pomaga nam w znalezieniu noclegu oraz przyzwoitej knajpki na zjedzenie kolacji. Okazuje się wojskowym oficerem armii, i fajnym facetem. Kazbeg bo tak miał na imię, koniecznie chciał nas zabrać na wyprawę na zbocza Elbrusu ale czas nas gonił, a i obuwie nie to… Dziś żałujemy, że nie skorzystaliśmy z możliwości.

Przejechaliśmy 276km

12

Dzień 9 Ukraińska „tradycja” na granicy.

Opuszczamy nieciekawe miasto i podróż zamienia się  na typowy tranzyt do Polski. Według Rosjan nie ma potrzeby umieszczania żadnych kierunkowskazów do przejścia granicznego, więc chwilę błądzimy. W końcu udaje się nam trafić na granicę. Celnik ukraiński każe nam stać w kolejce z samochodami w 30st upale. Stanowczo się sprzeciwiamy i zanosi się na niezłą aferę, ale w końcu odchodzi. Przez pięć minut stoimy nie wiedząc co nas czeka, jednak po chwili podchodzi do nas młoda celniczka i  pyta czy znamy „tradycję”. Konsternacja… Zmęczeni, wspólnie wytężając  nasze ugotowane głowy domyślamy się że chodzi jej o łapówkę. Wystarcza 10 euro za wszystkich, choć początkowo chce więcej. Wyjeżdżając za szlaban widzimy ją wracającą z 2 Petami pełnymi piwka.

Droga upływa nadzwyczaj dobrze, jedziemy przez kompletne pustkowie i kolejny nocleg spędzamy w mieście o uroczej nazwie Antratcyt. Nocujemy w bardziej komunistycznych warunkach niż komunizm przewidywał i gdyby nie minimalna  integracja z miejscowymi a trzeba wspomnieć, że trafiliśmy na miejscowy „prazdnik”, było by bardzo ponuro.

Dziś 748km

Dzień 10, 11, 12, 13 Średnia 500/dzień

Poranne dmuchanie w alkomat, jest ok., więc ogień. Kolejne noclegi okazują się nie warte wspomnienia. Co dzień kolejne 500km, niestety część w deszczu, ale za to już do Polski, wieczorem piwko itd. Ostatniego dnia trafiamy do Łańcuta, tradycyjna zwiedzanie, mała integracja i nazajutrz w towarzyszących nam już jakiś czas strugach deszczu osiągamy Skoczów.


Dzień 10 Poltava 476km

Dzień 11 Novograd 576km

Dzień 12 Łańcut 470

Dzień 13 Skoczów 360

RAZEM 7001km

 

Komentarze są wyłączone.