ST. PETERSBURG – 2010

St. Petersburg (VI 2010)

Juz początek czerwca, wyjazd zbliza się wielkimi krokami a my wciąż majstrujemy przy motocyklach. W serwisie były już  wszystkie. Fazer, BMW i VFR i dostały po komplecie nowych opon a Transalp za to wyposażony został w nowy stelaż do sakw. Do BMW szyje sie nowa kanapa, bo oryginalna nie nadaje się do siedzenia na dłużej niż 300km.

SOBOTA
W końcu nadchodzi dzień wyjazdu.

s1

Wyruszyliśmy, oczywiście w deszczu. Pierwsze 150km za nami i krótka przerwa na kawę w Częstochowie. Wciąż trochę kropi, na drodze ciasno, ale za Częstochową się rozluźnia, cały czas mamy nadzieję że przestanie padać. Nasze oczekiwania zostają spełnione juz w Łodzi. Niestety podcas przerwy na taknkowanie okazuje się że łańcuch VFRy jest nepięty do granic możliwości. Szybka decyzja i wpadamy do pierwszego z brzegu warsztatu samochodowego, przed którym stoi rozkręcona ciężarówka. To dobrze rokuje poszukiwaniom klucza. Szybka korekta i jedziemy dalej. Humory dopisują, a Gdynia zbliża się z mało przepisową prędkością. Jakoże mamy rezerwację w pensjonacie, dotarcie pod zamierzony adres nie stanowiu żadnego problemu. Nie ma się czym chwalić, ale przynajmniej po 10 godzinach dojechaliśmy do Gdyni po naszych polskich wspaniałych drogach. Pierwsze 620 km za nami.
Szybki rozpakunek i spacer do miasta. Obiad 2 piwa i do łóżka. Niestety to nie koniec atrakcji tego dnia. W nocy budzi nas (przynajmniej niektórych) recepcjonistka, komunikując ze ktoś grzebie przy naszych motocyklach. Wybiegamy szybko, ale widzimy tylko cień postaci przeskakującej przez płot. Nic się nie stało, ale resztę nocy mamy niespokojną. Na szczęście w końcu nadchodzi ranek.

NIEDZIELA
Jako że niedziela to dzień wyborów spełniamy obowiązek obywatelski i gnamy na prom.

s2

Chwilę kluczymy szukając wjazdu na teren portu, ale po chwili ustawiamy się w kolejce za turystami z Finlandii w campingowozach. Podczas wjazdu na prom podniecenie rośnie bo wiemy że, nie ma już drogi odwrotu. Przed nami nieznana Rosja, nikt z nas jeszcze nie był w tym kraju.

Trochę czasu spędziliśmy pod pokładem mocując się z pasami do motocykli ale później szybko zaaklimatyzowaliśmy się na deku i  po chwili wskoczyliśmy w  klapeczki i wpadliśmy do damskiej sauny, no dobra… męskiej.

s3

Reszta wieczoru upłynęła na podziwianiu pięknego Bałtyku w pięknych okolicznościach przyrody… jak w „Rejsie”, nuda Panie, nic się nie dzieje…

PONIEDZIAŁEK
Niestety rano w Helsinkach przywitał na zimny front z obfitymi opadami deszczu. No cóż ci mądrzejsi założyli kondoniki, ci odważniejsi nie. Już po 100km w deszczu wiadomo było kto podjął właściwą decyzję.

s4

Przy wjeździe na autostradę wyprzedza nas Mondeo. My nie rozpędzamy się bo szukamy stacji na zorganizowanie śniadania. Po chwili znajdujemy taką. Pijąc kawę słyszymy wycie syren. Ruszając po chwili widzimy Mondeo, niestety po zderzeniu z Łosiem, wielkości krowy. Nie jest to miły widok, ciężar zwierzęcia zmiótł dach samochodu. Myślimy co by było gdybyśmy nie szukali stacji, tylko pędzili przed tym samochodem.

Droga przez Finlandię bardzo malownicza, ale 8st C nieustający deszcz nie rozpieszczają. Dojeżdżamy do granicy. Tam pomimo ulewy kolejki do okienek. Na granicy spotykamy niemieckie małżeństwo on na 1200GS ona na 800GS. Jadą nad Bajkał. Szczerze zazdrościmy, ale nie mamy tyle czasu. Razem wypełniamy formularze. Nam wszystkie druki mokną w kontakcie z naszymi mokrymi ubraniami. Oczywiście nikt nie wie jak wypełnić dokumenty, ale po 3 próbach udaje się przekonać Panią w okienku że jednak chcemy wjechać do Rosji. Potem kontrola bagażu i przepychanie się motocyklami między samochodami. Każdy na nas patrzy spode łba, bo jakimś dziwnym trafem jesteśmy odprawieni w pierwszej kolejności. Żegnamy się z naszymi znajomymi i każdy rusza swoim tempem.

Za granicą od razu zmiana krajobrazu. Wjeżdżamy w gęsty las. Niestety niewiele się zmienia w kwestii deszczu, a jeśli już to na gorsze. Prędkości rosyjskich kierowców są zdecydowanie wyższe od ograniczeń, i niewspółmierne z warunkami na drodze. Stajemy na popas w, jak się później okazuje, jedynym barze na ruskie pierogi. Niestety nie smakują nam choć klimat całkiem ok. Tuż przed Petersburgiem zaczyna się rozpogadzać. Świeci słoneczko a my porozpinani suszymy się ekspresowo. Gdy nawigacja wskazuje 800m do hotelu niestety nasze suszenie w jednej sekundzie staje się bezużyteczne, bo trafiamy na ulewę. Wjeżdżając do Petersburga, zrozumieliśmy gdzie światowi potentaci motoryzacyjni generują większość swoich przychodów. Natężenie limuzyn na m2 asfaltu przekracza wszelkie wyobrażenia.

s5

Trafienie pod właściwy adres w Petersburgu nie jest łatwe, bo mieszkania w kamienicach ponumerowane są w cały świat. Kiedy już docieramy pod właściwy adres okazuje się że owszem rezerwację mamy ale od jutra. Przypominamy sobie że decydując się w kwietniu na Katyń  skreśliliśmy z planów nocleg w Finlandii i jesteśmy  o jedne dzień za wcześnie w stosunku do rezerwacji którą „bookowaliśmy” w styczniu. Miła recepcjonistka zorganizowała nam nocleg w prywatnej kwaterze, w tej samej kamienicy. Tam spotykamy się z miłym przyjęciem pani Galiny. Resztę tego dnia przeznaczamy na suszenie się, krótki wypad na miasto, a wieczorem rozmawiamy z naszą gospodynią o wszystkim. Okazuje się że ona pracuje pilnując mieszkania, na zmianę z koleżanką. Właściciele mieszkania to bogaci ludzie żyjący gdzieś za miastem i jeżdżący którąś z jakże popularnych w Petersburgu luksusowych terenówek.

s6

WTOREK
Wtorek to dzień w całości przeznaczony na zwiedzanie miasta. Zaczynamy marsze, ale po chwili orientujemy się że nie jesteśmy w stanie obejść nawet marnego ułamka miasta. Wico proponuje skorzystanie z autobusu turystycznego, co okazuje się bardzo dobrym pomysłem. W spokoju objeżdżamy całe miasto słuchając w słuchawkach nagranego przewodnika. Nie zwiedzamy żadnych wnętrz, bo samo objechanie miasta zajmuje nam cały dzień. Na każdym przystanku można wysiąść, obejrzeć co się chce i wsiąść do następnego autobusu. Bardzo wygodny sposób zwiedzania.
(Galeria z Petersburga w dole strony)

s7

Petersburg kipi od zabytków, a przy okazji od turystów. Rozmach z jakim odrestaurowano miasto robi wrażenie. Chyba żadne inne państwo nie było by w stanie w tak krótkim czasie zmienić wizerunek miasta. Jesteśmy ciekawi jak wypada Moskwa na tle Petersburga.

Niestety pech chciał że Transalp przestawia się w tryb nadprodukcji prądu. Alternator (o czym się później przekonujemy) po prostu przeładowuje akumulator i wychlapuje cały elektrolit przy okazji niszcząc drogocenny 15letni lakier na ramie. No cóż znajdujemy szybko sklep motocyklowy, kupujemy zapas w cenie dwukrotnie wyższej niż w Polsce. Elektrolitu w brak więc gnamy jeszcze taksówkarza do sklepu z akcesoriami samochodowymi. Tam kupujemy elektrolit, wodę destylowaną i „neutralizator złości” dla Maziego bo ten sam akumulator kosztuje już połowę tego co w pierwszym sklepie.

ŚRODA
Dzień szybko mija. Rano okazuje się że błądzimy trochę by wyjechać na dobrą drogę, ale udaje się to. Po drodze zaglądamy do Carskiego Sioła.

s8

Wico wykazuje objawy przeziębienia. Zaciska zęby i jedzie bez słowa. Po 30 km przekonujemy się co to jest tak naprawdę Rosja. Droga z Petersburga do Smoleńska, nie jest najbardziej uczęszczanym szlakiem. Ruch maleje z każdym kilometrem. Po 100km jesteśmy w szczerym polu, gdzie turysta nie zaglądał chyba nigdy. Infrastruktury jakiejkolwiek brak. Nie mam niczego, bark barów, parkingów, stacji benzynowych. Nawet milicji nie ma. Gnamy więc ile fabryka dała, Trampek na długich i migaczu włączonym żeby konsumować nadmiar prądu. Po kilku próbach stwierdzamy że elektrolitu starcza na 300km. Więc co tankowanie tankujemy też wodę do aku. Dalej pada więc codzienną kawkę pijemy w przydrożnym barze o powierzchni 10m2, z własnym agregatem i kozą. Bar cieszy się powodzeniem bo dysponuje najazdem, które są częstym widokiem i są wiecznie zajęte przez naprawiane Łady, Kamazy i inne Gazy.

s9

Mijane miasteczka i wsie są w większości wyludnione, pozostali tylko starsi, którzy nie chcieli wyjechać do wielkiego miasta i żyją z zasiłków. Zbliża się wieczór a my jesteśmy na takim zadupiu psy dupami szczekają. Pytanie okolicznych o hotel, sprowadza się do tego że trafiamy do domu dziecka, czy też innego internatu. Nie wiemy dokładnie co to . Niestety miejsc brak. Brakuje nam już wachy, Wico sapie i poci się pod kaskiem bo zżera go gorączka. Nie decydujemy się więc na namiot, bo do jutra będzie z nim kiepsko. Szukamy dalej. Kolejne wsie co 30-40km. W nie pamiętam już w której z kolei znajdujemy w końcu hotel robotniczy. Głównodowodząca przedsiębiorstwa z łaską sprzedaje nam nocleg za 20dolarów za pokój ( obie jedynki) Standard woła o pomstę do nieba. Cóż my wiemy i ona wie że alternatywy brak. Wico dostaje końską dawkę wszystkiego co mamy w apteczce, omija wieczorne atrakcje przy kolacji i nazajutrz jest zdrów jak ryba. Pewnie głównie z powodu żalu za omijanymi smakołykami spożywanymi do  ogórków chili które wiozłem przez te 1500km.

s12s11

CZWARTEK
To pierwszy dzień naszej podróży bez deszczu. Jest coraz cieplej i w końcu nie czujemy się przemoczeni. Krajobraz co jest prawie niemożliwością coraz bardziej pusty, mijamy opuszczone PGRy i niezliczone wioski. Jedziemy żółtymi drogami, ruch zerowy. Gdzie nie gdzie tylko pomniki Armii Czerwonej.

s13

​Wokół lasy, lasy no i jeszcze lasy. Po 10 godzinach docieramy w 30st upale do Katynia, znajdujemy cmentarz i nieopodal kwaterujemy się w przydrożnym motelu.Jak się okazało Właściciele działają w Smoleńskim Domu Polskim. Wieczorem zwiedzamy cmentarz i wpisujemy się do księgi. Wracamy do motelu a tam jakieś zakończenie roku, albo inny bal licealny, a raczej licealna popijawa. LIcealiści przepijają do nauczycieli, nauczyciele do licealistów. Wychowanie w trzeźwości jak się patrzy!

s14

PIĄTEK
Rano wpadamy ponownie do muzeum w Katyniu, więc wyruszamy dopiero o 12:00. Kierujemy się w stronę Łotwy, bo kończy nam się wiza. Do granicy dojeżdżamy po 6 godzinach znów w 30st upale. Na granicy mijamy długą kolejkę samochodów, robimy dobre wrażenie na wopistkach, które po szybkim telefonie zaanonsowały nas od razu do celników. Tam nasz urok nie zadziałał i Pani celnik przypomniała nam w jakim kraju jesteśmy. Wszystkie deklaracje musimy wypełniać 3 razy, bo za każdym razem Pani coś się nie spodobało.
Po 1 godzinie opuszczamy granicę. W tym czasie nie przejechało żadne inne auto. Za granicą od razu inny świat, ale zaczynają się szutry. Łysy z Wicem zatrzymują się ostentacyjnie metr za przed końcem asfaltu twierdząc że Ani VFR ani Fazer nie są godne szutrowej drogi. Szybka decyzja i z Mazim jedziemy zbadać okolicę, bo według przewodnika, gdzieś nieopodal powinny być jeziorka. A my mamy nieodpartą chęć przewietrzyć nasze namioty.

Zatrzymujemy się przy gospodarstwie, z przepięknie wykoszoną trawką. Pytamy właściciela czy nie można by zająć kilka metrów trawnika naszymi namiotami, jest niechętny, ale mówi że ścieżynką (służąco po przepędzenia bydła, więc nieco błotnistą) dojedziemy do jeziora a tam jest impreza. Tym sposobem spotykamy Andruche, tutejszego Króla sportów motorowych. Jesteśmy głodni i na dodatek nie ma możliwości zakupienia żadnych artykułów spożywczych zdajemy się całkowicie na gościnność Andruchy. Wcinamy wędzone ryby, szaszłyki branie popijając lokalnym piwem. Po obfitej kolacji Adrucha zabiera nas na bolesną przejażdżkę na skuterze wodnym. Wieczorem na naszym „campingu” robi się coraz tłoczniej, zjawiają się nowi grilowicze, a my rewanżujemy się jak możemy organizując pokaz motorów dzieciom. Jest pięknie, tubylcy szaleją jeszcze długo po północy i przegania ich dopiero nocna burza, która nam pod namiotami aż tak nie przeszkadza.

s15s16

SOBOTA
Po porannej toalecie w jeziorze pakujemy ekwipunek i kierujemy sie w stronę Litwy dalej po szutrach. Tym razem VFRa i fazer nie oporują, bo te szutry są znakomitej jakości. Po 50 km wracamy a puste i równe asfalty, co pozwala na znaczne zwiększenie prędkości nie koniecznie zgodne z przepisami. Im bliżej Wilna tym większy ruch. Do Troków docieramy wczesnym popołudniem. Okazuje się ze własnie zaczął się długi weekend i w całym mieście noclegi to rzecz deficytowa. Dziki naszej uporczywości znajdujemy kwaterę prywatą nad samym jeziorem, z dala od miasta. Krótki spacer dobrze robi na nasze zmęczone nogi. W centrum trwa zabawa przypominająca dożynki w Brennej. Ulegamy magii litewskiej kultury i całkowicie integrujemy się z miejscowymi.

s17
W drodze powrotnej spotyka nas nie lada atrakcja. Spotykamy młoda pannę która domaga się uprowadzenia…
s18
Po tych ekscesach zmęczeni i pełni wrażeń wracamy na kwaterę. Niestety nie tylko my imprezujemy i nad ranem dwa z naszych motocykli leżą. Okazuje się że nie umyślnie zamroczenie współlokatorów skutkuje urwanym lusterkiem i pękniętym kufrem w VFRce. Jazda bez lusterka jest możliwa dzięki idealnej współpracy wszystkich wyprawowiczów 🙂 .

NIEDZIELA
Droga przez Litwę i Polskę nie należy do zbyt ciekawych. Na uwagę zasługuje pyszny obiad w Augustowie w Pstrągarni. W docieramy do motelu w Radzyniu Podlaskim około 380km od domu. Pijąc polskie piwo kibicujemy finalistom mistrzostw świata.

PONIEDZIAŁEK
Dojeżdżamy zgodnie z planem do domu. Po drodze zaglądamy do sklepu, na ostatnie zakupy z myślą o naszych następcach.
s19
Przejechaliśmy około 3800km, w zależności od wskazań liczników naszych maszyn.
W każdym jakieś straty:
Transalp – padnięty regulator napięcia
VFR – ułamane lusterko i spalona żarówka
GS – cieknący olej z pod uszczelki
Fazer – wyjątek potwierdzający regułę!

Już planujemy następny wypad.

GALERIA

Pokaż Petersburg na większej mapie

Komentarze są wyłączone.