TURCJA – 2009

Do wyprawy przygotowywaliśmy się prawie dwa lata. Pierwotna trasa prowadziła do Odessy, promem do Gruzji i powrót najkrótszą drogą do Polski. Niestety wojna w Gruzji pokrzyżowała nasze plany. Na szczęście udało nam się zrealizować wariant drugi, czyli wyprawę wokół Morza Marmara. Przygotowania trwały cały rok, w trakcie których udało się zakupić stelaż pod sakwy do Kawasaki ZX9R Marcina, co nie było prostym zadaniem, a ja w międzyczasie korzystając z nadarzającej się okazji przesiadłem się z Transalpa na nowego BMW 650GS.

W końcu nadszedł 1szy maja, nasz upragniony dzień wyjazdu .

Godzina 0

Nasi koledzy, troszkę chyba nam zazdroszcząc, zjawili się punktualnie o 07:00 by odprowadzić nas z domu do granicy czeskiej. Krótkie pożegnanie i dalej już sam na sam z motocyklem. Pierwsze kilometry mijały powoli, ponieważ trasa znana, ale mały ruch na słowackich drogach i piękna pogoda pomagały zwalczyć nudę. Przez Słowację przemknęliśmy bardzo szybko, na chwilę tylko zatrzymując się w Bańskiej Bystrzycy na kawę, wiadomo przecież, że najgorzej się jedzie do pierwszej kawy, potem zawsze jest już z górki. Popijając kawę wymieniamy doświadczenia na temat wspaniałych widoków i nowego asfaltu na drodze do Hramanca. Z ta kawą to ciekawa sprawa. Ja nigdy nie piłem kawy, Marcin codziennie. Ponieważ głupio tak patrzeć na kogoś pijącego kawę, w końcu sam uległem namowom i zasmakowałem. Z czasem naszym rytuałem stało się picie kawy po pierwszych 100km drogi. Droga nr 557 pokonuje przełęcz 1200mnpm i jest bardzo malownicza. Każdy zakręt pokonujemy z większą pewnością siebie i uśmiechem na twarzy. Taka jazda pozwala nam na zżycie się z maszynami, którymi przecież w tym roku przejechaliśmy niewiele kilometrów. Granicę mijamy bez zatrzymywania się, na Węgrzech krótki postój by zakupić winietkę i pędzimy autostradą w kierunku Serbii, zostawiając sobie zwiedzanie tego kraju na drogę powrotną.

Pierwsza kontrola graniczna w Serbi przebiegła bez problemów. Ruch na granicy zerowy, odprawa przebiegła szybko i bez problemów, przejeżdżamy jeszcze 70km w Serbii i nocujemy w przydrożnym motelu za 40euro za pokój, jak się potem okazuje jest to najdroższy nocleg w czasie całej naszej wyprawy. Motocykle stoją przed stacją benzynową pod czujnym okiem Pana od tankowania. Tego dnia przejechaliśmy 645km, mamy dość, a ponieważ jak to w motelu bywa nie mia co zwiedzać, więc szybko udajemy się na odpoczynek.

Następnego dnia szybka pobudka i w drogę, na bramkach płacimy myto za przejazd ekspresówką, początek nudny, na szczęście ciekawsze widoki zaczynają się tuż za Nisem.


Po kilkuset kilometrach czeka nas kolejna granica. Serbowie wypuszczają nas po sprawdzeniu paszportów natomiast Unia Europejska w Bułgarii wita nas 6 okienkami. Na pierwszej Pani wręcza pendrive-a z którym trzeba odwiedzić kolejne 4. W piątym dowiadujemy się że nie ma potrzeby zakupu winietki na motocykl, z czego jesteśmy wielce radzi. Niech żyje Bułgaria, kraj przyjazny motocyklistom. W ostatnim okienku kolejna Pani zabiera nam pendriv-a, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić i w myślach planowałem zgrywanie do niego zdjęć z wyprawy.

Bułgaria wita nas burzą, która szybko daje za wygraną i w Sofii nie ma po niej śladu. Są za to slumsy cygańskie, które sprawiają, że nasze pierwsze wrażenia z Bułgarii nie są zbyt pozytywne. Na szczęście w miarę oddalania się od Sofii droga staje się coraz bardziej urokliwa, a stan dróg z pewnością przewyższa nasze polskie. Po 585km zatrzymujemy się w Rile tuż przez Monastyrem Rylskim. Widoki zapierają dech w piersiach niestety brak czasu nie pozwala zwiedzić nam szczytów masywu Pirin, ograniczamy sie tylko do Monastyru, który obrazowo mówiąc jest „bułgarską częstochową”.

Z żalem żegnamy Bułgarię aby na kilka dni zwiedzić Turcję. Robimy krótki przelot nad Morze Egejskie do Kavali w Grecji. Plany kąpieli spełzają na niczym bo znów goni nas burza, a temperatura powietrza w okolicach 15st C również do niej nie zachęca. Za to spacerujemy po plaży i podziwiamy falochron usypany z odpadów płyt marmurowych z pobliskiego kamieniołomu. Niejedna taka płyta mogła by zostać wykorzystana, tutaj nikt na nią nie spojrzy. Dziś przejechaliśmy tylko 297km za to z pysznym obiadem w postaci grillowanych żeberek jagnięcych, na kolację grecki kebab. Greckie jedzenie bardzo nam smakuje. Odczuwamy także pierwsze oznaki zmęczenia drogą. Bolą nas „siedzenia” i co jakiś czas zamieniamy się motocyklami, aby podróżować w innej pozycji. No cóż, musimy przywyknąć do przysłowia „cierp ciało jak się chciało”.

Kolejny dzień wzbudza nasze obawy, przed nami granica turecka. Po stronie greckiej wydaje się jakby zaraz miała wybuchnąć wojna. Co chwilę mijają nas czołgi na specjalnych platformach transportowych, a w powietrzu latają odrzutowce. Granica ku naszemu zaskoczeniu bez problemów. Celnik turecki od razu żąda „leasing papers” mojego BMW, które wręczam w oryginale przetłumaczone na turecki. Bardzo się ucieszył, poprosił o skopiowanie i granica stoi przed nami otworem. Witaj Turcjo, wieje nieziemsko, na prostej drodze motocykle prowadzimy pod kątem jakim pokonujemy zakręty. Nie jest łatwo. Po kilku godzinach jesteśmy na promie w Canacale.

Za 2 euro opuszczamy Europę i po 30 minutach podróżujemy po Azji w kierunku Troii poszukując noclegu. Niestety wszyscy Turcy uparli się by mieszkać w mieście i poza nim nie możemy znaleźć żadnego prywatnego pensjonatu. Jak się później okazuje jest to regułą i poza hotelami w centrach miast w Turcji nie istnieje pojęcie agroturystyki. Prawie wszyscy mieszkają w miastach, poza nimi prawie nikt. Wracamy do Canakalle i znajdujemy tani hotelik w centrum miasta za 10euro/osoby, a motocykle śpią w podziemnym parkingu za 1/3 ceny naszego pokoju.

Kolejnego dnia robimy sobie przerwę w podróży i wybieramy się w dwóch moim GSem do Troii. Troję należy odbierać oczyma wyobraźni, ponieważ trudno doszukać się pozostałości budowli pośród zwałów kamieni. naszym zdaniem nieporozumieniem jest makieta konia trojańskiego zbudowana ze zbitych desek na kształt domku na czterech nogach.

Jak się okazuje wieczorem w Canacale również stoi makieta konia trojańskiego jednak o wiele ładniejsza.

Miasto wieczorem zaskakuje nas nocnym życiem. Ludzie spacerują deptakami, kawiarnie zapełnione są Turkami pijącymi herbatę i grającymi w gry planszowe. Aż chciało nam się zagrać, ale wszystkie stoliki były zajęte. Chwile te zapadną nam na długo w pamięci, bo przecież po jechaliśmy tyle kilometrów by poczuć tą atmosferę innej kultury, której nie zrozumiemy.

Kolejnego dnia znów podróż śladami zabytków starożytnej Grecji i wizyta w Bergama. Podróżujemy bardzo dobrą drogą, która prowadzi najpierw przez góry a potem brzegiem morza Egejskiego. Pomimo tego, że paliwo kosztuje prawie 7zł, miło się podróżuje. Podczas postoju na stacji analizujemy spalanie, okazuje się, że moje BMW przy prędkościach około 100km/h spala poniżej 4 litrów/100km, gdy prędkość wzrasta do 130km/h spalanie rośnie do około 5,5l/100km. Kawa natomiast niezależnie od warunków pali 5,5l/100km. Bergama to duże miasto uniwersyteckie, pięknie położone. Sławne z Akropolu – greckiego miasta i Asklepionu – ówczesnego szpitalu w którym chorzy obywatele mogli liczyć na uzdrawiające działanie wody ze świętego źródła.

Dziś w źródełku mieszka rodzinka dzikich żółwi, która chętnie pozuje do zdjęć, całkowicie ignorując zainteresowanie turystów. Może dlatego że nie jest ich zbyt wielu. W porównaniu z akropolem Ateńskim, jest tu pusto. Zwiedzanie zabytków w ciszy i spokoju, to całkiem inny poziom odczuć w porównaniu do zatłoczonych atrakcji Europy. Ceny wejściówek troszkę szokują – 10euro/os, ale płacimy bez mrugnięcia okiem, w końcu po to przyjechaliśmy żeby trochę pozwiedzać. Dziś przejechaliśmy 245km.

Hotelik w którym nocujemy nie posiada parkingu, ale obok znajduje się serwis samochodowy, którego właściciel pozwala nam wprowadzić motocykle za bramę. Rano wszyscy z serwisu i hotelu proszą nas o wspólne zdjęcia. Żegnamy się w miłej atmosferze, od tego miejsca zaczynamy powolny powrót do domu. Rankiem ruszamy w dalsza drogę w kierunku Istambułu. Nie mamy określonego celu i całkiem przypadkiem zatrzymujemy się w tureckim kurorcie termalnym Termali. Miasteczko położone uroczo na stoczkach gór i jak się okazało jet popularnym tureckim kurortem. Z chęcią korzystamy z prawdziwej tureckiej łaźni – Hamam, w której Turcy spędzają 1,5 godziny na myciu się nawzajem, to kolejna z tych chwil, które trzeba doświadczyć na własnej skórze. Bardzo miłe przeżycie. Po tym relaksującym odpoczynku, robimy krótki spacer po kurorcie i udajemy się do pensjonatu.

Przed nami kolejny ciężki dzień przejazd przez Istambuł, który ciągnie się przez prawie 150km. Pomimo że drogi pięciopasmowe , wszędzie ruch, motocyklów jednak mało.

Za Istambułem możemy trochę ochłonąć i przygotować się na opuszczenie Turcji, którą żegnamy z podziwem dla jej klimatu historii i mieszance kultur. Wyjazd z Turcji przebiega bezproblemowo. Po przejechaniu 500km tego dnia cieszymy się z powrotu do Bułgarii. Zatrzymujemy się w pierwszym miasteczku na trasie – Harmani. Prócz dwóch starych hoteli w centrum nie znajdujemy żadnego prywatnego pensjonatu. W pierwszym hotelu nagabuje nas od razu 3 naganiaczy, którzy zaczynają toczyć między sobą wojnę o to który pierwszy nas zauważył. Okazuje się że państwowy hotel został sprzedany na części i każde piętro ma innego właściciela, osobną recepcje na parterze i swojego naganiacza. Nie odpowiada nam ta atmosfera więc wycofujemy się i przenosimy do drugiego hotelu. Tu jesteśmy mile zaskoczeni. Okazuje się że nie posiada on parkingu strzeżonego, jednak dyrektor proponuje nam pozostawienie motocykli w swoim biurze, cena za wszytko 20euro. Wykończeni trudami dnia fundujemy sobie kolację w restauracji. od jutra zwalniamy tempo i chcemy trochę poznać Bułgarię.

Od tej pory poruszamy się powoli poprzez środkowa Bułgarię. Mijamy Starą Zagorę i wspinając się na 1320m, przez przełęcz Sipka przecinamy Stara Płaninę. Widoki przepiękne, niestety droga pozostawienia wiele do życzenia i trzeba uważać na dziury. Kierujemy się na Weliko Tyrnowo była stolicę Bułgarii. Miasto poraża nas swoim pięknem, nocujemy u emerytowanego przewodnika turystycznego, który sam nas znajduje i proponuje kwaterę. Wieczorem opowiada dzieje miasta.

Miasto ma bogatą historię sięgająca czasów rzymskich. Było ważnym miastem europejskim, obecnie jest ważnym centrum turystycznym kraju. Koniecznie trzeba obejrzeć ruiny starego miasta i zamku, który wielokrotnie był niszczony podczas najazdów Tureckich. Na kolejny dzień szykujemy zwiedzanie Ruse. Niestety nie jesteśmy tak zachwyceni jak poprzedniego dnia. Żegnamy się z Bułgarią przejeżdżając przez most. Pani w okienku puszcza nas bez opłaty twierdząc że motocykliści nie płacą. Na granicy celnicy wymieniają z nami kilka słów, niestety orientujemy się że Rumuński jest dla nas całkowicie niezrozumiały.

Bułgaria i Rumunia nie są w strefie Szengen, czeka nas więc kontrola graniczna. Rumuńscy pogranicznicy wychodzą ze swej budki i bez namysłu i pytania „przegazowują” nasze maszyny. Na szczęście nie są natarczywi, a my nie wdajemy się z nimi w rozmowę i po szybkiej wizycie w kantorze jedziemy na podbój Rumunii. Kierunek Bukareszt. Początkowo droga bardzo dobra 30st C i trasa mija szybko, sielanka kończy się przy zjeździe na obwodnicę Rumuńskiej stolicy. Ciasno, koleiny, dziury i pełno tirów. Kierujemy się na Pitesti i w końcu lądujemy w pensjonacie na 15km Trasy transfogarskiej. Tu spotykamy pierwszego motocyklistę. Okazuje się być Szkotem, który w okolicy wytycza trasę na międzynarodowe zawody trialowe, które mają się odbyć w następny weekend. Krótko z mim gawędzimy, potwierdza że o tej porze roku trasa transfogarska jest zamknięta, ale my i tak następnego dnia próbujemy dojechać do granicy śniegu.

Osiągamy 1650mnpm, podziwiamy piękne widoki pijąc naprędce przygotowaną kawę.

Kolejnego dnia śpimy w Timisoarze, gdzie znajduje się największy z Siedmiogrodzkich zamków.

Rzeczywiście robi duże wrażenie, które mogło by być większe gdyby nie znajdująca się w bezpośrednim sąsiedztwie huta stali. Tego dnia poszukując hotelu trafiamy na dzielnicę cygańską. Wszędzie otaczają nas bogato zdobione wille o bardzo „cygańskiej” architekturze. Każdy nas obserwuje, dzieci pokazują palcami więc zdjęcia robimy z ukrycia, aby nie wzbudzać podejrzeń.

Z Timisoary do granicy węgierskiej, jest bardzo niedaleko, ale pędzimy w tym kierunku podekscytowani, bo tam będą na nas czekali nasi dwaj koledzy, którzy wyjadą aby nas powitać aż do samego Tokaju. Oczywiście okazuje się ze to my na nich czekamy, bo jesteśmy wcześniej i to nam przypada znalezienie noclegu.

Pensjonat znajdujemy w samym centrum, tuż obok jednej z piwniczek winnych, której nie omieszkaliśmy ominąć. Powitanie upływa pod znakiem długich rozmów polaków i przeciąga się aż do dnia kolejnego.

Piątek jest przedostatnim dniem naszej wyprawy, i pomimo tego że bliżej do Bułgarii niż do Polski, czujemy się prawie jak w domu. Wyłączmy GPS i jedziemy „na czuja”, w krótce okazuje się że w całkiem złym kierunku. Po nadrobieniu 60km wracamy na dobrą drogę i opuszczamy nie bez żalu Węgry. Wpadamy w Słowackie góry i drogami obfitującymi w piękne widoki, przez Małą Fatrę, podążamy do Starego Smokowca. Tam czeka nas niespodzianka. Miejscowość jest całkowicie wyludniona, wszystkie hotele świecą pustkami, a wszytko przez euro, które spowodowało że Słowacja przestała być dla Polaków atrakcyjna.

Ceny powodują ból głowy i nawet tatry nie takie jak kiedyś, bo oszpecone huraganem, który powalił setki hektarów lasu. Bardzo smutny widok.

Sobota, to koniec naszego wyjazdu. w Polsce wydaje nam się tak zielono jak nigdzie przez ostatnie dwa tygodnie. Przecież jest połowa maja, a więc wiosna w pełni. Przez 16 dni przejechaliśmy 4980km, prócz przebitej opony nie przytrafiła się nam żadna awaria. Wszędzie czuliśmy się bardzo bezpiecznie, a ludzie których napotykaliśmy okazywali się bardzo otwarci i mili. Od dziś czas planować nową wyprawę.

Pokaż Trasa Turcja na większej mapie

Komentarze są wyłączone.